|
|
Dotarła do mnie poprzez formularz kontaktowy informacja lub raczej zapytanie. Postanowiłem odpowiedzieć na nie w tym miejscu. Piszę na kilku różnych stronach i brak mi czasu na prowadzenie prywatnej korespondencji, zaś problem ten dotyczy wielu osób. Będzie więc wskazane zając sie nim publicznie.
Oto treść zapytania, jest ono tak sformułowane, że mogę je spokojnie zamieścić bez naruszania prywatności nadawcy:
Witam.
Mam problem z przełamaniem sięw pracy chodzi o rozmowę z pracownikami i szefostwem z którym pracuję.
Od 4 miesięcy pracuje w hotelu jako kelner, nie jest to moja pierwsza praca i problem który mnie w niej spotyka.
Chodzi o lęk przed rozmową z ludźmi, moje mięśnie są cały czas napiętę, czuję się niepewny i nieswojo w czyimś towarzystwie, unikam rozmów ponieważ się boję a i też nie mam bardzo o czym rozmawiac, od paru dni zauważyłem, że ludzie zaczynają stronic ode mnie.
Proszę o pomoc w moim problemie gdyż byłem już z tym problemem u psychologów lecz nic mi nikt nie pomógł.
Za nadesłaną odpowiedź będę bardzo wdzięczny i z góry dziękuję!
Pozdrawiam.
Nieśmiałość jest problemem dotykającym wielu osób. Jedni doświadczają jej mniej, inni bardziej. Zwykle też pojawia się w okresie dojrzewania i trwa w młodości. Sam kiedyś się z nią borykałem. Dziś w zasadzie nie pozostało po niej śladu. Paradoksalnie zniknęła pod wpływem publicznych konferencji, jakie niegdyś wygłaszałem. Wiem o wielu osobach, które w ten sposób zwalczyły nieśmiałość.
Kłopot polega na tym, że nie każdy ma możliwości, by publicznie występować. Dodatkowo nie każdy potrafi się do takich wystąpień przemóc. Nawet ludzie pozornie „wyluzowani” tracą głowę, gdy staną wobec większego zgromadzenia i przed mikrofonem.
Warto również przyjrzeć się przyczyną nieśmiałości. Są one zwykle związane z zaniżonym poczuciem własnej wartości. Z takich, czy innych powodów uważamy się za gorszych. Nierzadko dotyczy to wyglądu fizycznego. W czasach, gdy tzw. atrakcyjność fizyczną wprowadzono na piedestał, o kompleksy nietrudno. Na pewno warto pracować na własnym ciałem. Już samo podjęcie regularnych treningów sportowych poprawia własny wizerunek i dodaje pewności siebie.
Jednak klucz leży gdzie indziej. Tak naprawdę w dużym stopniu jesteśmy na tyle atrakcyjni dla innych, na ile sami postrzegamy się jako atrakcyjnych. Bynajmniej decydujący nie jest perfekcyjny wygląd. Człowiek myślący o sobie dobrze, co niekoniecznie musi oznaczać zarozumiałość, zaczyna też dbać o siebie.
Takie przemiany widziałem też kilkakrotnie. Kobieta nie ciesząca się zupełnie powodzeniem nagle pod wpływem różnych bodźców zmieniała się niemal w piękność, choć przecież pozornie wyglądała tak samo. Zmiany zewnętrzne były tylko dopełnieniem wewnętrznej przemiany.
W tym konkretnym wypadku najbardziej niepokoi mnie informacja „nie mam bardzo o czym rozmawiać”. Dlaczego? Bowiem elementem wyzwalającym są zainteresowania. Najłatwiej przełamać się rozmawiając właśnie o tym. Dość często trudny jest początek, lecz później w ramach zaabsorbowania tematem, zapomina się o nieśmiałości. Dlatego radziłbym na początek określić, czym się interesujesz i szukać ludzi o podobnych pasjach. Podejmować z nimi rozmowy. Z czasem łatwiej będzie również rozmawiać z innymi.
Nieśmiałości nie da się przełamać z dnia na dzień. Trzeba na to czasu, ale od czegoś trzeba przecież zacząć…
Ćwiczenie trzecie
Mam nadzieję, że już trochę oswoiliście się ze swoim gniewem i agresją. Najpierw musimy je zaakceptować, później dzięki temu nauczymy się kontrolować. Teraz możemy iść dalej tym tropem i powoli coraz śmielej stawać oko w oko z czyhającymi w głębi naszej duszy demonami. Bowiem to dopiero początek drogi.
Zapewne to proponowane dziś ćwiczenie spotka się z odruchem odrzucenia, czy wręcz z jawnym oburzeniem. Musimy jednak zerwać teraz z hipokryzją. Raz na zawsze. To być może pierwszy naprawdę trudny moment. Musimy przyznać się do zła drzemiącego w nas. Jeśli tego nie zrobimy i będziemy ciągle uważać się za tzw. dobrych ludzi, pozostaniemy na zawsze tu gdzie jesteśmy. Nigdy nie staniemy się lepsi i bardziej wewnętrznie zrównoważeni. Zewnętrzny pozór dobra nie jest dobrem prawdziwym.
Czas uznać, że ci źli ludzie to nie oni, to my…
Na razie nie będę Wam więcej tłumaczył. To zrobię następnym razem. Dziś pora na nasze szokujące ćwiczenie. Musicie je wykonywać codziennie przez przynajmniej kilka dni. Nawet jeśli będzie w Was narastał wewnętrzny opór.
Zdaję sobie sprawę z tego, że święta tuż tuż i proponowanie tego ćwiczenia właśnie teraz może wydać się szczególnie okrutne. Jednak sami zobaczycie, że być może dzięki niemu – co teraz wyda się Wam absurdalne – bardziej docenicie ludzi zasiadających z Wami przy wigilijnym stole. Na razie musicie mi zaufać, że tak będzie w istocie.
Przeciwwskazania: Ćwiczenia tego nie powinni wykonywać chyba tylko prawdziwi psychopaci i osoby znajdujące się obecnie w silnej depresji.
Wykonanie: Pomyślcie o tym do jakiego zła jesteście zdolni. Nie jakie popełniliście, ale jakie moglibyście popełnić. Wybierzecie coś przed czym się naprawdę wzdrygacie. To taka rzecz, której Waszym zdaniem nigdy nie zrobicie. Coś co przeraża i napełnia obrzydzeniem. Starajcie się sobie wyobrazić, że właśnie to robicie. Dokładnie i ze wszystkimi szczegółami. Będzie trudno, ale niestety tak musi być. Jest to ważny element naszej terapii i nie wolno go pomijać.
Gdyby przyszło Wam to zbyt łatwo i bez wewnętrznego oporu, to znaczy, że nie wybraliście czegoś naprawdę złego, co wydaje Wam się bardzo złe.
Dodatkowe uwagi i zastrzeżenia: W żadnej mierze nie namawiam nikogo do krzywdzenia kogokolwiek i do robienia złych rzeczy. Całe ćwiczenie powinno pozostać tylko i wyłącznie w sferze wyobraźni. Dlatego też nawet nie powinno się o nim opowiadać innym osobom.
Ćwiczenie nie ma na celu rozbudzić w nikim okrucieństwa, a wręcz przeciwnie, co zostanie wkrótce bliżej i dokładniej wyjaśnione.
Ponad stare banały
Wprawdzie nie skończyliśmy jeszcze naszego kursu i zapewniam wszystkich zainteresowanych, iż kolejne części nadal będą się ukazywały, to jednak czasami warto też napisać o innych ciekawych sprawach. Poruszany dziś temat wydaje się szczególnie interesujący i ważny w kontekście najważniejszych zagadnień poruszanych na tej stronie – stresu i bezsenności.
Napiszę o tym teraz, bo akurat temat mi się przypomniał, a nic wcześniej o tym nie było. W internecie, jak to w internecie. Niby dużo znaleźć można, ale tak naprawdę trzeba dobrze trafić, bo większość to tylko zbiór starych i oklepanych banałów. Mniemam, może z przesadną pewnością siebie, że to co tutaj wypisuję choć trochę wyrasta ponad ów poziom bełkotu w stylu: najważniejszy relaks i medytacja. Więc do rzeczy Panowie i Panie.
Rzecz nie o NLP!
Sam należę do osób reagujących na życie bardzo nerwowo. Taki już jestem. Wiele lat temu myślałem, że można to zmienić. Teraz już za bardzo w to nie wierzę. Udało mi się przepracować sporo własnych kompleksów, zranień z dzieciństwa, znam siebie bardzo dobrze, ale mimo to nadal dość łatwo się denerwuję. Kwestia temperamentu? Pewnie tak lub przynajmniej w dużej mierze.
Pośród tego zalewu mądrości na temat walki ze stresem, trzeba nam zatrzymać się nad ważnym rozróżnieniem. Stres stresowi nierówny. I nie chodzi tu aż tak bardzo o rodzaje zewnętrznych sytuacji, a bardziej o nasze nastawienie. To od niego zależy, czy nasze zdrowie będzie coraz gorsze, czy wręcz przeciwnie – nawet się poprawi pod wpływem stresu. Dziwne? Nierealne? Przecież ciągle czytamy, jak to stres negatywnie wpływa na nasze zdrowie. Ile to zniszczeń w organizmie…
Od nas także, zależy jaka będzie reakcja hormonalna organizmu. To znowu dotyczy ostatecznego wyniku, czyli czy przez to będziemy bardziej chorzy czy zdrowsi. Wreszcie ma to kolosalny wpływ na nasze życie. Czy większość rzeczy będzie nam się udawała, czy przeciwnie.
Nie, nie Moi Państwo, nie mam ochoty uprawiać modnej obecnie psychologii sukcesu albo bardziej taniego naiwniactwa w stylu NLP i podobnych. Programowanie neurolingwistyczne jest obecnie mocno lansowane, bo nacechowane jest myśleniem sekciarskim. Łatwo i pięknie wszystko tłumaczy. Daje prosty obraz świata. Myśl pozytywnie, będzie pozytywnie, myśl negatywnie będzie negatywnie. Piękne? Raczej głupie i prostackie. Oznacza bowiem, że każdy kogo spotyka nieszczęście jest sam sobie winny. Zamordowano człowieka na ulicy? Widocznie myślał niewłaściwie.
Do pewnego stopnia to jak świat postrzegamy, ma wpływ na nasze życie, ale nie wolno tej zasady stosować bezwzględnie i spłycać. Znam ludzi, którzy całe swoje życie walczą o jego jakość, mimo, że już na starcie byli w bardzo niedogodnej pozycji. Są godni szacunku, a to, że częściej przegrywają niż wygrywają nie jest bynajmniej ich winą. Zresztą wygrana, czy przegrana to także sprawa względna.
Pomiędzy dystresem, a eustresem
Wróćmy zatem do głównego nurtu rozważań. Czym jest dystres? Ano właśnie tym wszystkim co zwykle opisuje się pod hasłem stres. Jest wyniszczający. Powoduje negatywne skutki zdrowotne. Charakteryzuje się odebraniem trudnej sytuacji, jako przeszkody nie do przebycia lub choć poważnej niedogodności. Zupełnie inaczej wygląda eustres. To podejście do danej przeszkody na zasadzie wyznawania, czegoś co może mnie więcej nauczyć, więcej mi dać i pomóc w rozwoju osobistym.
W praktyce nie ma chyba ludzi, którzy zawsze stres traktowaliby tak samo. Natomiast większość z nas ma zakodowane, iż w mniej więcej 90% sytuacji reaguje według jednego z tych wzorców. I ten wzorzec determinuje to, czy stres będzie nas niszczył, czy raczej rozwijał.
Jednak i takie ujęcie nie do końca jest prawdziwe. O tym już raczej się nie pisze, ale wiem z własnego doświadczenia, że niekiedy reaguję najpierw według pierwszego wzorca i gdy coś jest dla mnie bardzo trudne jest to ów dystres, by po pewnym czasie potraktować jednak jak wyzwanie i ostatecznie odnieść korzyści.
Niestety życie zawsze jest bogatsze od wszelkich teorii. Potrafię sobie radzić z trudnościami, ale nie potrafię do końca ustrzec się konsekwencji pierwszego etapu. Niekiedy te negatywne skutki odczuwam. Mogę przypuszczać, że nie jestem jedynym człowiekiem reagującym w ten sposób.
Zmienić biegun stresu
Tak więc każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu powinien sobie zadań nie tyle pytanie, jak unikać stresu, lecz raczej, jak sprawić, by był to najczęściej eustres, a jak najrzadziej dystres.
Na pewno wpływ na to ma wrodzona konstrukcja temperamentu. Jednak nie powinniśmy się fatalistycznie podporządkowywać naturze. Coś tam zawsze sami też możemy zmienić. Drugi czynnik to nasze wewnętrzne poczucie własnej wartości. O tym już było w innych publikacjach, więc tu nie będę zanadto się rozpisywał. Istotne jest czy w dzieciństwie wierzono w nasze możliwości czy nie, i czy teraz my sami wierzymy w siebie, czy wręcz przeciwnie. W konsekwencji, czy świat jest dla nas miejscem rozwoju, czy raczej bezsensowego cierpienia.
Wiary takiej nie zbudujemy w dwa dni. Nie pomoże powtarzanie sobie formułek o sukcesie. Tu konieczna jest praca nad sobą – wiem, ciągle wracam do tego samego, ale uwierzcie mi innej pewnej drogi nie ma. Trzeba dotrzeć do źródeł niskiej samooceny, trzeba nauczyć się dostrzegać swoje mocne strony. Doceniać małe zwycięstwa. To wymaga czasu i cierpliwości.
Jest to działanie ważniejsze niż ciągłe skupianie się na stresie. Czasowo możemy wesprzeć się suplementami redukującymi stres, a na dłuższą metę wyrabiajmy w sobie właściwą postawę, To zadanie na całe życie. Nie na tydzień czy miesiąc. Nie na okres jakiegoś kursu czy szkolenia dla menadżerów. Ja też ciągle jeszcze mam dużo pracy przed sobą.
Wyjaśnienie szóste
Zarówno dyskusja w komentarzach, jak i kilka sytuacji życiowych, których byłem świadkiem w ostatnich dniach, przekonały mnie, iż nad problemem agresji należy zatrzymać się nieco dłużej.
Nad gniewem wprawdzie nie mamy kontroli, bo to uczucie. Nad agresją czyli czynnym wyrażeniem tego gniewu już kontrolę mamy, a przynajmniej powinniśmy mieć. Tu właśnie zaczyna się to, na czym zamierzam się dziś skupić i co wymaga od każdego z nas przemyślenia. Przynajmniej na początku tylko przemyślenia. Później czegoś więcej, ale idźmy po kolei.
Niestety obserwacje pokazują, że większość z nas nie tylko nie potrafi kontrolować agresji, ale nawet nie ma na to specjalnie ochoty. Nie tylko poprzez żmudny proces pracy nad sobą, ale nawet tylko przez uznanie, że ponosimy za takie zachowania odpowiedzialność. Jedynym czynnikiem ograniczającym jest strach przed karą. Nie będziemy więc krzyczeli na szefa, czy też próbowali okładać go pięściami w obawie, że zwolni nas z pracy.
Nie mamy takich oporów wobec innych kierowców na drogach lub stojąc w kolejce w sklepie, albo też czasem nawet wobec rodziny. Nie mówię tu od razu o agresji fizycznej, ale o tzw. agresji słownej. Napisze to wprost. Polacy do kulturalnych narodów nie należą. Wszystkie te k… i ch… słychać już nie tylko w spelunkach, ale nawet u skądinąd wykształconych rodziców krzyczących na swoje dzieci. Coraz rzadziej ktokolwiek widzi w tym coś złego. Nie mam tu zamiaru prawić morałów, ale wulgaryzacja społeczeństwa przybiera obecnie niebezpiecznie na sile.
Wystarczy, gdy porównamy język współczesnych filmów z tym z przed wielu lat. Kabarety też przestały być miejscem inteligentnej rozrywki. Wychodzi zwykle pan na scenę, rzuci kilka tych k… i cała sala pęka ze śmiechu.
Od takiej agresji słownej do fizycznej wcale nie jest tak daleko. W pierwszym rzędzie świadczy ona o braku szacunku do innych ludzi. To zaś wskazuje na to, że w głębi duszy tego szacunku nie mamy i do samych siebie. Tym jednak zajmiemy się znacznie później.
Dzieci wychowują się w przeświadczeniu, że wszystkie konflikty rozwiązuje się albo krzykiem, albo wprost agresją fizyczną. Takie wzorce przekazuje i rodzina i telewizja. Z tym wzrastamy i często nawet nie wiemy, że mogą istnieć inne rozwiązania.
Liczne badania psychologiczne pokazały, wbrew powszechnemu przekonaniu, że poziom agresji u mężczyzn i u kobiet jest podobny. Kobiety rzadziej atakują wprost, gdyż są słabsze fizycznie i bardziej obawiają się odwetu. Natomiast śmieszne wydaje się tradycyjne zalecenie, by panowie rozładowywali agresję przez sport, a panie przez rozmowę. W rzeczywistości obie te formy powinny pojawić się u obu płci.
Na pewno ważną role odgrywa relaks i wypoczynek. Ciągłe zabieganie i permanentny stres powodują, że uczucia łatwiej wymykają się z pod kontroli. Warto też na początek przeanalizować to, w jaki sposób odnosimy się do innych ludzi. Według jakich wyuczonych schematów postępujemy, gdy coś nam się nie podoba…
Wyjaśnienie piąte
Nasze kolejne wyjaśnienie dotyczyć będzie agresji. Pod tym pojęciem kryje się bardzo dużo treści i zapewne nie zdołam tu omówić wszystkich aspektów agresji. Raczej tylko napomknę o kilku sprawach ważnych z punktu widzenia tego kursu.
Przewiduję, że na jakimś etapie proponowanych ćwiczeń u każdego pojawi się co najmniej zniecierpliwienie lub właśnie agresja. Może ona być skierowana na konkretną osobę, może na samego siebie albo też być uczuciem pozornie rozproszonym i nie mającym wyraźnie określonego celu.
Być może niektórych z nas, czy nawet większość wychowano w przekonaniu, że agresja jest czymś złym. Nie dość tego. Zły jest także poprzedzający ją gniew. To silne uczucie, które niekiedy albo i często tak mocno nas opanowuje. O ile na pewnych warunkach możemy przystać na stwierdzenie, że agresja jest z reguły zła, o tyle sam w sobie gniew taki nie jest. To uczucie pozwalające nam reagować na niesprawiedliwość, energia życiowa umożliwiająca nam pokonywanie przeszkód. W imię źle pojętej moralności czy też religijności gniew uznano za coś złego i wtrącono całe pokolenia w poczucie winy z jego powodu. Podobnie jak wszystko co związane z seksem, ale o tym kiedy indziej.
Złe lub dobre będzie to co z gniewem czy też pod jego wpływem zrobimy. Samo uczucie jest moralnie obojętne. Jest też częścią naszej ludzkiej natury i nie ma najmniejszego powodu, byśmy musieli się go wstydzić.
Wróćmy jednak teraz do agresji, czyli do konkretnej czynności wymierzonej przeciw komuś lub czemuś. Bowiem agresję można także wyładować na przedmiotach martwych. Niemal każdej kobiecie zdarzyło się czymś rzucić w złości, a każdemu mężczyźni trzasnąć pięścią w ścianę czy drzwi. Cóż, temperament ma swoje prawa.
Co może skłonić do agresji? Zwykle atak lub podejrzenie, że możemy zostać zaatakowani. Ktoś chce nam odebrać partnerkę/partnera życiowego? Ileż zbrodni popełniono z zazdrości. Ktoś napada nas na ulicy, chce okraść itd. Ten rodzaj agresji możemy jeszcze uznać za uzasadniony koniecznością obrony. Może być odwrotnie. Chcemy mieć coś, co ma ten drugi więc w taki czy inny sposób go atakujemy. Taką agresję trudno pochwalać.
Jest jeszcze jedna forma agresji. Spotykana częściej niż się sądzi. To pozornie bezinteresowna złośliwość. Koledzy w szkole znęcający się nad rówieśnikiem, przełożony w pracy nad pracownikiem, mąż czy żona w domu nad dziećmi i współmałżonkiem. Agresja nie musi mieć formy fizycznej, może być psychiczna. Ten rodzaj świadczy o poważnym zaburzeniu osobowości, o niezadowoleniu z siebie i głęboko skrywanym lęku. Wiem, że spotkam się z krytyką, ale nazbyt dużo mamy w społeczeństwie ludzi, którzy w sprzyjających warunkach przerodziliby się w zwykłych oprawców. Niektórzy z nich żyją nawet pod maską „porządnych ludzi”!
Nie powinniśmy się bać naszego gniewu, ale musimy nauczyć się kontrolować agresję. Dodam jeszcze, że czasem może być skierowana do wewnątrz przeciw samemu sobie. Wtedy dochodzi do okaleczeń i prób samobójczych. Czasem zaś tylko do życia w postawie wiecznie nieszczęśliwego.
To co w nas głęboko ukryte, a co z czasem pokaże nam studnia, musimy dobrze przepracować. Będę jeszcze do tego wracał. Poznamy też inne ważne ludzkie emocje. Przy okazji warto wiedzieć, że często reakcje agresywne potęguje niedobór melatoniny. To może wywojowywać bezsenność oraz stany podwyższonego napięcie nerwowego. Niekiedy warto pomyśleć o czasowej suplementacji melatoniną, co jednocześnie nikogo nie zwalnia z pracy nad sobą, a tylko w tej pracy pomaga.
Wyjaśnienie czwarte
Nasze drugie ćwiczenie ma duże znaczenie terapeutyczne. Z jednej strony pozwala nam zajrzeć pod pewnym kontem we własne wnętrze, a z drugiej uspokaja nas i wycisza. Choć to drugie nie zawsze musi przebiegać tak, jak zwykle sobie to wyobrażamy. Na ten temat napisze kilka słów na końcu.
Skoro tafla wody w studni pokazuje nam odbicie naszego oblicza, to i symboliczna studnia z wyobraźni będzie odbijała to co jest w naszym wnętrzu. Nie od razu będzie to dla nas oczywiste, ale stopniowo zaczniemy widzieć minione wydarzenia ze swojego życia, czyli to o czym pozornie już dawno zapomnieliśmy, a co w rzeczywistości ma wpływ na nasze obecne zachowania. nierzadko stanowi zręb podświadomej motywacji.
Nazbyt często tylko nam się wydaje, że podejmujemy życiowe decyzje w oparciu o racjonalny namysł. Naprawdę do głosu dochodzą wtedy utajone lęki i motywy, do których wolimy się nie przyznawać nawet przed sobą.
Nie napiszę Wam, co dokładnie zobaczycie w tej medytacyjnej studni, bo tego nie wiem. u każdego może to wyglądać inaczej. Nie próbujcie zbyt szybko wszystkiego interpretować i analizować. Dajcie sobie czas. Poczekajcie. Mądrość rodzi się z cierpliwości, a największą mądrość daje cierpliwa obserwacja samego siebie.
Zgodnie z obietnicą, muszę jeszcze napisać kilka słów o tym uspokojeniu przed snem. W dłuższej perspektywie na pewno tak będzie, jednak na pewnym etapie może być zupełnie inaczej. Możecie raczej odczuwać niepokój i mieć później problemy z zasypianiem. Brak snu nigdy nie jest dobry. Obniża naszą odporność i może przyczynić się do pogorszenia stanu zdrowia. Dodatkowo będzie miał negatywny wpływ na naszą pracę i inne obowiązki. Dlatego też, mimo, że nie jestem fanem rozwiązywania problemów za pomocą tabletek, w tym okresie można poszukać jakiegoś nieuzależniającego preparatu, który pomoże nam zasnąć.
Już niebawem kolejne części tego nietypowego kursu…
Ćwiczenie drugie
Tak więc do rzeczy Panie i Panowie. Teoria jest ważna, ale bez praktyki niewiele nam daje. Pora na drugie ćwiczenie praktyczne w naszym kursie. To ćwiczenie możemy roboczo nazwać – spoglądaniem w studnię.
W dawnych czasach studnia pełniła ważną rolę w życiu ludzi. Od tego czy była w niej woda, czy nie, zależało nieraz przetrwanie. Donosiło się ze studni wodę do picia, gotowania i mycia. Jeśli studnia wyschła oznaczało to niejednokrotnie, że trzeba zmienić miejsce zamieszkania lub przynajmniej wykopać nową w odpowiedniejszym miejscu. Nieraz w warownych twierdzach drążono studnie w twardej skale. Niekiedy nawet na głębokość przekraczającą 100 metrów. Od dostępu do wody zależało, jak długo zamek jest w stanie wytrzymać oblężenie. Było to ważniejsze niż męstwo samych obrońców.
Oprócz funkcji praktycznych, studnie miały także swoje znaczenie symboliczne, którego ślady odnajdujemy w wielu baśniach i mitach. Były nieraz bramą do innego zaczarowanego świata. Jednak wcale niełatwo przekroczyć tę bramę. Potrzebna jest do tego odwaga i determinacja. Niekiedy zrozpaczona dziewczyna rzucała się do studni, lecz zamiast śmierci znajdowała tam inny świat. Oczywiście nie zalecam nikomu takiego sposobu na rozwiązanie swoich problemów. Nawet w świecie mitów nie było do końca wiadome, czy rzecz nie skończy się nadzwyczaj banalnie – utopieniem.
Wszystko to razem sprawia, że studnia jakoś fascynuje i przyciąga. Sprawia, że chcemy choć przez chwilę spoglądać w jej taflę i zastanawiać się nad tym, jakie tajemnice może skrywać.
Nie obawiajcie się, do naszego ćwiczenia nie trzeba szukać studni w okolicy. W dzisiejszych czasach dla większości mogłoby to być niewykonalne. Ćwiczenie polega na tym, by wyobrazić sobie studnię. Taką jaką chcemy, albo ładną i nową lub też omszałą i skrytą w cieniu drzew. W wyobraźni można też się udać do studni, którą kiedyś widzieliśmy. Na to ćwiczenie potrzeba nam kilku minut dziennie. Najlepiej tuż przed snem. Powinno nawet ułatwić zasypianie.
Proszę się nachylić nad studnią. W tym wypadku nie grozi nam, że do niej wpadniemy i się utopimy. Spokojnie spoglądamy w taflę wody i nie usiłujemy niczego na siłę wypatrzeć. Ważne, by skoncentrować się na studni i wodzie. Jeszcze nie czas, by spojrzeć bardziej w głębię.
Wy zacznijcie praktykować nowe ćwiczenie, a ja wkrótce zacznę wyjaśniać nieco więcej. Pierwsze (poprzednie) ćwiczenie można na jakiś czas zawiesić.
Wyjaśnienie trzecie
Ostatnio pisałem o punkcie krytycznym, więc teraz pora napisać coś więcej o samym pojęciu kryzysu. Bardzo nam się to później przyda. Nie mam tu na myśli kryzysu, o którym trąbi się na okrągło w w telewizji. Chodzi mi raczej o nasze kryzysy życiowe. Pewne wydarzenia lub nawarstwiające się negatywne emocje, które ostatecznie prowadzą do punktu załamania. Bynajmniej nie są to kryzysy mniejsze od tego ogólnoświatowego. Przynajmniej z indywidualnej perspektywy.
Różnie się to może objawiać. Rozdrażnieniem, bezsennością czy nawet napadami lęku. Czujemy, że sytuacja jest nie do zniesienia. Musimy wreszcie coś zmienić w swoim życiu. Tak dłużej nie można…
Niektórzy z nas określają taki stan pojęciem – depresja. Nie zawsze jest to określenie poprawne i precyzyjne. Dość często nawet nadużywane. Niemniej ważniejsze jest tu coś innego. Gdybyśmy zgłębili źródłosłów słowa „kryzys”, dotarlibyśmy do greckiego krisis (znów nie chodzi o aktualną sytuację w Grecji). Słowem tym nazywano stan walki i zmagania, ale też podejmowania ważnych decyzji. U Kopalińskiego znajdziemy nawet zdefiniowany kryzys jako przełomowy zwrot!
I to właśnie jest najważniejsze. Na ten aspekt kryzysu chcę dziś zwrócić Waszą szczególną uwagę. Kryzys to czas zmian, a nie okres użalania się nad sobą. Powinniśmy przyznać sobie odpowiedni czas na smutek i przeżywanie negatywnych emocji, ale nie może to trwać w nieskończoność. Jeśli ograniczymy się tylko do tego, nic nie zyskamy.
Nie twierdzę bynajmniej, że każda drobna trudność powinna od razu zaowocować wywróceniem całego naszego życia do góry nogami. Nic z tych rzeczy. Jednak poważny kryzys, czy jeśli już musimy to tak nazywać – depresja, muszą prowadzić do zmian. Świadczą o tym, że nasze życie domaga się od nas przejęcia kontroli. Być może za długo już egzystowaliśmy tylko samą siłą rozpędu.
Tylko pozornie niewiele to ma wspólnego z naszym kursem. Naprawdę jest inaczej. Jest jego integralną częścią. Chcesz spać dobrze i spokojnie? Ureguluj swoje życie. Zajmujemy się głównie snami, bo to one dość często pokazują nam co jest nie tak, co trzeba zmienić. Zwłaszcza wtedy, gdy długo ignorujemy wszystkie inne sygnały.
Pora więc na zmiany. Na razie tylko ćwiczenia, o czym już niebawem. Potem być może okaże się, że sporo pracy przed nami i dużo jeszcze musimy w naszym życiu uporządkować.
Wyjaśnienie drugie
Czy już doszliście do punktu krytycznego w pierwszym ćwiczeniu? Każdy kto doszedł zapewne będzie wiedział co mam na myśli. Przez jakiś czas wszystko szło bardzo dobrze. Po przebudzeniu zapamiętywaliśmy coraz więcej i mogliśmy to zapisać. Już nawet pojawiały się przebłyski zrozumienia tego, co symbolizowały nasze sny. Nagle…
Jest gorzej. Coraz mniej szczegółów potrafimy przywołać po przebudzeniu. Wydaje nam się, że cała nasza dotychczasowa praca poszła na marne. Może się nawet pojawić stan lekkiego rozdrażnienia w ciągu dnia. Co się właściwie dzieje? Nic nadzwyczajnego. Oto właśnie natrafiliśmy na zjawisko określane w psychologii mianem oporu wewnętrznego. Nasza podświadomość nie jest aż tak skora do daleko idącej współpracy i zaczyna teraz mocniej chronić swoje tajemnice.
„Winna” jest także nasza świadomość. Najprawdopodobniej przestraszyliśmy się tego co zaczynało objawiać się naszym oczom. Być może do głosu dochodziły skłonności, myśli i intencje, których wstydzimy się tak dalece, że zepchnęliśmy je na samo dno swojej psyche. Nigdy też nie przyznaliśmy się do nich, nawet przed samymi sobą.
Sama wiedza o istnieniu takiego oporu nam nie pomoże. Przestrzegam też przed próbami przełamywania go na siłę. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Im bardziej będziemy naciskać, tym bardziej będzie wzrastał opór. Ujmę to tak. Z naszą podświadomością lub bardziej ogólnie – z psychiką, trzeba obchodzić się delikatnie, jak z małym dzieckiem.
Czasami można usłyszeć, że mężczyźni to duże dzieci. Prawda jest taka, że w każdym z nas ukryte jest dziecko. Zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i tym przypisywanym mu przez analizę transakcyjną.
Próba wydobywania cenzurowanych treści z naszej głębi, może doprowadzić nas nawet do bezsenności. Nam przecież zależy na czymś odwrotnym. Chcemy spać lepiej i głębiej, a za dnia wykazywać większą odporność na stres.
Na razie radzę delikatnie kontynuować rozpoczęte pierwsze ćwiczenie. Zapisywać tyle ile jesteśmy w stanie sobie przypomnieć i nie przejmować się tym, że jest tego niewiele. Już wkrótce przejdziemy do drugiego ćwiczenia naszego kursu.
Wyjaśnienie pierwsze
Na pewno każdy kto spróbował wykonywać zaproponowane uprzednio ćwiczenie zauważył, że dzięki niemu pamięta więcej ze swoich snów niż przypuszczał. Tajemnica polega na tym, by przywołać wspomnienia ze snów jak najszybciej po przebudzeniu i od razu je zapisać. W przeciwnym razie te doznania szybko się ulotnią w czasie dnia. Nasz mózg jest „zaprogramowany” na zapominanie snów. My staramy się to obecnie zmienić.
Można się zastanawiać nad zasadnością takiego postępowania i przypominania sobie swoich snów? Czy robimy to dlatego, że sny mają jakieś znaczenie? Poniekąd tak. Wspominałem już o tym wcześniej. Zaznaczyłem także, że nie chodzi tu o jakieś wróżby na przyszłość czy podobne rzeczy. Przynajmniej nie w tym znaczeniu, w jakim przyjmuje się to powszechnie.
Jednak na tym etapie ważniejsza jest odpowiedź na inne pytanie. Dlaczego zapominamy swoje sny? W większości wypadków zapominamy je dlatego, że dochodzą w nich do głosu pragnienia albo lęki, których się wstydzimy. Nie chcemy przyjąć ich do wiadomości świadomie i zaakceptować. Ma na to wpływ nasze wychowanie, ale także światopogląd i poniekąd wyznawane wartości. Choć najważniejszy jest obraz samych siebie, czyli to jak sami siebie postrzegamy. Wszystko co nie pasuje do tego obrazu zostaje usunięte z pola świadomości.
Te sprawy mogą w snach występować otwarcie lub pod płaszczykiem symboli. Zwykle te dwie płaszczyzny się przenikają. Symbole nie zawsze muszą odnosić się do ogólnie przyjętych znaczeń, jak sugerował to Freud. Niekiedy mogą to być nasze prywatne symbole, rozumiane tylko przez nas samych. Tak więc zapominamy sny również w obawie, że rozszyfrujemy tę symbolikę na jawie. Z czasem, gdy będzie się kontynuowało ćwiczenie z zapamiętywaniem snów, pojawi się także klucz do tej symboliki.
Bynajmniej nie wszystkie odnoszą się do sfery seksualnej. Tu również Freud przeakcentował jedną sferę życia kosztem innych. Choć wiele z tych naszych pragnień czy lęków może dotyczyć seksu. Z tego także trzeba sobie zdawać sprawę.
Nie należy szukać znaczeń na siłę. Już wkrótce znaczenie symboli zaraz po przebudzeniu będzie dla nas jasne i oczywiste. Warunkiem jest jednak nasz szczerość wobec samych siebie. Może nam się nie spodobać to co dotrze do naszej świadomości i odrzucimy to. Pamiętajmy, że pierwsze skojarzenie jest w tym wypadku najtrafniejsze. Zwłaszcza jeśli będzie bardzo bulwersujące. Czas powoli się oswajać z tą stroną swojej osobowości, której tak bardzo nie akceptujemy.
|
|
Najnowsze komentarze